Na Karolka i rodziców musiałam trochę poczekać. Na dobre rzeczy warto czekać.
Przyszedł do mnie mały kawaler, który już potrafił sam siedzieć i miał całkiem sporo do powiedzenia. Miał też własne zdanie na temat całej sesji fotograficznej i w zasadzie ono nie podlegało dyskusji.
Trzeba się było dostosować i trzeba było pójść za nastrojami małego modela. Takie są sesje dziecięce. Choć może się wydawać, że na sesji więcej jest „dawania czasu i przestrzeni” moim gościom, niż samego fotografowania, jest to złudne.
To prawda, że priorytetem jest nastrój dziecka, fakt, by było zadowolone, by nie zmęczyć i nie przestraszyć. W końcu to naprawdę konkretne przeżycie! Nowe miejsce, cały czas coś się dzieje, a dodatkowo jeszcze biega jakaś obca kobieta! Trzeba o tym pamiętać. Grunt to dobre samopoczucie, spokój i lekki dystans. To dziecko dyktuje przebieg sesji. Czasem można poszaleć więcej, czasem zrezygnować  z założonych pomysłów. Jedno jest pewne, jeśli maluch poczuje się zmęczony i zestresowany, na pewno nie zrobimy już żadnego zdjęcia.
Dlatego nasz mały księciunio miał czas na zwiedzenie studia, posilenie się, napicie i takie tam…. a w międzyczasie to już było nasze zadanie by się odpowiednio zmotywować i spiąć, aby powstały zdjęcia, które dla niego i jego rodziców, pozostaną piękną pamiątką na całe lata.